wtorek, 29 maja 2018

NIE WAŻ SIĘ BRAĆ PIENIĘDZY ZA RECENZJĘ KSIĄŻKI! TO CHORE, TO WSTYD!





Cześć! Chciałam zacząć fajnym, kontrowersyjnym wstępem, ale blogerzy, którzy zgodzili się pomóc mi w tworzeniu tego wpisu...  brzydko mówiąc - odwalili całą robotę za mnie. Nie chcę się powtarzać, więc pozostał mi tylko clickbaitowy tytuł, za który z tego miejsca chciałabym przeprosić.

Ale dlaczego postanowiłam zrobić taki wpis na blogu? Dlatego, że mam dość wyzysku? Poniekąd tak. Od razu przyznaję się, że współpracuję zarówno odpłatnie jak i na zasadzie barteru i się tego nie wstydzę. Jeśli na promocję książki Wydawnictwo nie ma już budżetu (albo tak twierdzi...), a mi na przeczytaniu książki bardzo zależy, to zgadzam się na taką propozycję. Biorę bo i tak kupiłabym sama. Podobnie z pisaniem recenzji za pieniążki - nie biorę wszystkiego jak leci. Jeśli wiem, że coś na pewno mi się nie spodoba, nie porywam się na to. 

A jeśli zgodzę się na pieniążki i książkę trzeba będzie zjechać od góry do dołu? Pozostawiam wybór Wydawcy. Piszę szczerą recenzję za pieniążki albo całkowicie rezygnujemy ze wszystkiego na co się umówiliśmy i na pamiątkę pozostaje mi tylko książka. 

Co z tymi pieniędzmi? Czasami napisanie recenzji jest najprostszą i najmniej wymagającą czynnością. Wykonanie zdjęcia czy nawet całej sesji (jak to mam w zwyczaju) jest naprawdę pracochłonne. Nie jest to też tylko moja praca. Bardzo często zdjęcia robi i udoskonala mój tata (Nie wystarcza na to, by podzielić się wypłatą.Robi to charytatywnie.) , a Ci, którzy choć trochę liznęli obróbki zdjęć, wiedzą, że to nie trwa pięć minut. No, chyba że strzelacie fotki z automatu. Najlepsze jednak jest to, gdy zrobisz multum naprawdę zajebiście dobrych zdjęć, a w mailu nie zobaczysz nawet dziękuję ani pocałuj mnie w D. :) Bywa i tak. 

A co myślą inni książkowi recenzenci? Chciałam, by zdania były podzielone, ale więcej jest tych opinii ZA niż PRZECIW.

AGGI PISZE ŻE:

Większość osób zakładając bloga twierdzi, że robi to z pasji. Jednak prawda jest taka, że kiedy zaczynają spływać zapytania o współpracę barterową, to każdemu zaczyna cieszyć się micha.
A co z wymianą gotówkową?


Skoro blogerzybeauty/lifestylebiorą (oprócz produktu) gotówkę za napisanie recenzji, to czemu bookblogerzyzostają w tyle? Czy nasza „branża” jest gorsza? Nasz czas jest mniej warty?


Prosty przykład – mała reklama w gazecie (20 000 nakładu) to koszt minimum 400 zł (do nawet kilkunastu tysięcy, w zależności od jej powierzchni). Ok, powiecie – ilu jest bookblogerów, którzy mają 20k zasięgu? A ja odpowiem pytaniami:
- Ile z tego nakładu zostaje faktycznie sprzedane, a ile idzie do utylizacji?

- Kto z Was dokładnie ogląda każdą reklamę w gazecie? Ja je notorycznie omijam, a Wy?

-Ile osób z tych, które obejrzą reklamę to rzeczywisty target reklamodawcy (w tym wypadku Wydawnictwa)?

Kiedy odpowiecie na powyższe pytania: uświadomicie sobie, że realna docelowa grupa odbiorców kurczy się do śmiesznych wręcz rozmiarów. Ile zostanie? 1-2%? Czyli mniej, niż ma obserwujących bardzo przeciętny bookbloger na Instagramie.

Co recenzent daje Wydawnictwu?

Link na blogu – w agencjach SEO koszt takiego to jakieś25-50 zł i więcej;


Opinia – jeśli jest (a powinna!) rzetelna, to nawet jeśli danej osobie książka się nie spodoba:potrafi skutecznie zachęcić innych do zakupu danego tytułu;

Ładne (zazwyczaj 😉) zdjęcia, których zrobienie i obróbka to czasem kilka godzin pracy – bookstagramer zazwyczaj ucieszy się z repostu przez Wydawnictwo -> Wydawnictwo dostaje „darmowy” content i oszczędza na opłacaniu fotografa;

Czas poświęcony na przeczytanie książki i napisanie jej recenzji. Owszem, czytanie to raczej przyjemność, ale co, jeśli dana książka nie trafia w nasz gust, i „męczymy się” żeby dotrwać do końca, by móc rzetelnie opisać dany tytuł? Stworzenie wpisu (pomijając wspomniane zdjęcia) też zazwyczaj liczymy nie w minutach ale godzinach;

Udostępnienia w SM (i czas na to poświęcany!) – Instagram, Facebook: fanpage i grupy książkowe, G+ - informacja o książce dociera do tysięcy osób, które prawie w 100% są grupą docelową reklamy.

Co nam daje Wydawnictwo?

egzemplarz recenzencki (jego koszt to ok.4-6 zł) z reguły egzemplarz finalny + czasami dodatkowy na konkurs (zwykle koszt to max. 8-10 zł/szt): tu bloger sam wykłada pieniążki na wysyłkę 😉

Łącznie: Wydawnictwo wydaje na 1 blogera jakieś30 zł.



Oczywiście nie jestem w 100% na NIE jeśli chodzi o sam barter. Bo jeśli naprawdę „świecą mi się oczy” do danej książki, lubię Autora a dotychczasowa współpraca z Wydawnictwem przebiega
w sympatycznej atmosferze, to czemu by czasem nie zrobić wyjątku, i nie wziąć samej książki?

Warto też uczulić Wydawnictwa na wiele kwestii związanych z dobieraniem recenzentów – ale to już temat rzeka, i materiał na kolejny wpis 😉


SEBASTIAN KOMENTUJE SPRAWĘ TAK:

Czy bloger powinien otrzymywać nie tylko darmowe książki za recenzje, lecz także pieniądze? Oczywiście, że tak! Tyle że nie każdy bloger. Jedynie ci, którzy profesjonalnie do tego podchodzą – piszą wyczerpujące recenzje , mają zaangażowaną społeczność, co przekłada się na liczbę wyświetleń oraz komentarzy. Od razu uprzedzam: nie biorę pieniędzy, bo nie potrafię pisać (ale wciąż się uczę). Dlaczego szafiarka za pokazanie ciuszków i sklecenie (z trudem) paru zdań zawierających błędy ma dostawać pieniądze, a bloger książkowy poświęcający sporo czasu na czytanie, pisanie i promowanie się – nie? Gdzież ta sprawiedliwość?! Jeszcze raz podkreślę – nie każdy powinien. Mam nadzieję, że coraz większa liczba blogerów będzie dostawała pieniądze za recenzowanie, bo jest wielu takich, którym się to po prostu należy. Tym bardziej, że poświęca się mnóstwo czasu na to, aby blog był idealny. I w zamian za to, że dzięki komuś kilkanaście osób zakupi daną powieść, ma dostać wyłącznie książkę (i to nierzadko egzemplarz przed korektą)?



KLAUDIA PISZE:


Współprace blogerów książkowych z wydawnictwami czy w porywach nawet z samymi autorami stają się coraz powszechniejsze i tak naprawdę są na porządku dziennym. Szukamy współprac, dobrych okazji do przeczytania książkowych nowości, piszemy te maile, albo otrzymujemy od osób zainteresowanych naszą działalnością. Przychodzi ten dzień, kiedy ktoś się znajduje i chce
z nami współpracować, nie koniecznie na długo, może tylko jednorazowo, ale jednak chcę. Sukces, ktoś ma zamiar nam zaufać. I co teraz? Propozycja - pieniądze za recenzję/promowanie książki. Częściej spotkać się można tylko z egzemplarzem papierowym książki bądź ebookiem za recenzję, równocześnie za promowanie np. w social mediach, ale jednak mogą się takie ,,pieniężne" wyjątki zdarzyć. Czy to jest w porządku? Uważam, że tak. Pisząc recenzję czy jakkolwiek promując daną książkę, my jako blogerzy, poświęcamy swój cenny czas. Napisanie recenzji nie jest wcale szybkie, akurat w moim przypadku, trzeba przemyśleć do chcemy przekazać i jak w ogóle ocenić daną pozycję, dodatkowo jeszcze weźmy pod uwagę zdjęcia, które sami robimy. Mi recenzja zajmuje niekiedy kilka godzin, jeśli książka była trudna albo mnie tak zachwyciła, że nie wiem co w końcu napisać. Poza tym, że sporo czasu zajmuje zrecenzowanie
i promowanie w social mediach, to przed tym jeszcze przeczytanie to kolejne kilka godzin wyrwanych z życia. Myślę, że patrząc na to ile trzeba włożyć pracy i czasu w to wszystko, zapłata jest dobrym wyjściem, ale pamiętajmy, żeby była też adekwatna do tego co stworzyliśmy. Wszystko praktycznie zależy od osoby, która oferuje zapłatę, ale osobiście ja bym poważnie przemyślała takie propozycje i nie leciała na kilka złotych za taką pracę. Jestem skłonna do współprac takich, że po prostu książka jako wynagrodzenie, ale zapłata pieniężna w wyjątkowych sytuacjach też wchodziłaby u mnie w grę, chociaż nie na każdą bym się zapewne zgodziła, tak samo jak z ,,normalnymi" współpracami oczywiście.





MARTA MA CAŁKOWICIE ODMIENNE ZDANIE NA TEN TEMAT:



Bloga Stacja Książka prowadzę już od pięciu lat i nigdy nie wzięłam pieniędzy za promocję książek. Swojej stronie poświęcam bardzo dużo czasu. Przede wszystkim zależy mi na jakości pojawiających się tam treści. Chciałabym, aby czytelnicy mojego bloga mogli znaleźć tam wartościowe opinie o książkach, które są godne polecenia, ale też o tych, po które, według mnie, nie warto sięgać. Moim zdaniem, nie ma nic gorszego, niż przeczytanie w Internecie serii pochlebnych recenzji o książce, która po zakupie okazuje się być kompletnym gniotem
z literówkami, błędami merytorycznymi, słabymi bohaterami oraz wołającym o pomstę do nieba zakończeniem. Nie wyobrażam sobie więc brania pieniędzy za napisanie recenzji na mojej stronie. Czułabym się wtedy zobowiązana do wystawienia pozytywnej opinii o książce, nawet wtedy, gdy nie byłaby ona warta takiej oceny. Nie sądzę bowiem, że wydawnictwo chciałoby mi zapłacić za szczerą recenzję, taką, w której piszę również o wadach danego tytułu, a zdarza mi się to często. Pisanie o książkach za pieniądze uważam za zwykły marketing i copywriterstwo, a tym na swoim blogu po prostu się nie zajmuję. Jest mi przykro, gdy dowiaduje się, że inni blogerzy piszą recenzje za pieniądze, czuję się wtedy oszukana, jako ich czytelniczka. Gdy ta informacja wychodzi na jaw, omijam te miejsca szerokim łukiem. Prowadzenie bloga kosztuje (zwłaszcza, gdy korzysta się z własnej domeny lub reklamuje się swoją stronę w sieci), więc rozumiem niektóre działania, które wiążą się z pozyskaniem pieniędzy od wydawnictw ,czy księgarń, takie jak: zamieszczanie banerów reklamowych, paneli online, przeznaczonych do zakupu książek, czy płatną organizację konkursów, jednak płatnych recenzji nigdy nie zrozumiem, bo to zwykły tekst reklamowy, mamiący czytelników. Dla mnie zadowoleni czytelnicy mają o wiele ważniejszą wartość niż pieniądze. I przy tym pozostanę.




Bardzo dziękuję Aggi, Sebastianowi, Klaudii i Marcie za głos w tej ważnej sprawie - bo każdy
z nich się liczy. W końcu sprawa dotyczy nas, blogerów! Mam nadzieję, że post na ten temat, niektórym otworzy oczy, a innych zachęci chociażby do wyrobienia sobie zdania w tej sprawie. Po którym ze stanowisk się opowiadacie? 

9 komentarzy:

  1. "Pieniążki" brzmią bardzo niepoważnie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że istnieją wydawnictwa, które rozumieją, że szczera recenzja jest znacznie lepsza od całkowicie pochlebnej i rzeczywiście płacą nawet za te negatywne. ��
    A umowy można zmieniać do momentu kompromisu, stąd tekst o zobowiązaniu do przedstawienia książki w dobrym świetle jest moim zdaniem chybiony.
    Pozdrawiam!

    Zapraszam na konkurs, w którym do wygrania egzemplarz książki pt. “Niespłacone długi”!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W żadnej umowie nie miałam, że recenzja musi być pozytywna - wręcz przeciwnie - szczera. Dziękuję za Twój głos w tej sprawie! :)

      Usuń
  3. Powinni brać pieniądze. W końcu, pomijając fakt, że to pasja i tak dalej, to trzeba włożyć w to swój czas i energię. Dlaczego więc na tym nie zarabiać, jeśli nadarza się okazja? :D

    OdpowiedzUsuń
  4. DZIDZIA FENIKS29 maja 2018 11:52

    Każdy za pracę chce wynagrodzenie, nie oszukujmy się - życie kosztuje. Ale moim zdaniem problem leży gdzie indziej. Niektórzy po prostu nie umieją napisać szczerej negatywnej recenzji(nieważne czy za pieniądze czy nie), ponieważ nie chcą nikogo urazić. Pół biedy jak autor zagraniczny... bo i tak tego nie przeczyta, ale jak polski... I potem są takie kwiatki jak z Dożywociem Kisiel. Słaba i bezfabularna książka jest wychwalana pod niebiosa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na jej temat się nie wypowiem - jeszcze nie czytałam. :)
      Myślę, że problem leży w wymaganiach tych, którzy płacą, a nie w tych, którzy pracę wykonują.

      Usuń
  5. Ja to w sumie zdania nie mam. Sama bardzo rzadko współpracuję z wydawnictwami, a jak już to tylko a zasadzie książka za recenzję. Trochę zgadzam się z Martą - bałabym się, że za pieniądze, będę zobowiązana wystawić pozytywną opinię. A kłamać zamiaru nie mam. Z drugiej strony zgadzam się też z resztą - dlaczego blogerka ma otrzymać zapłatę za parę zdjęć sukienki i pytanie do obserwatorów czy się podoba, a bloger książkowy za tyle godzin włożonej pracy w czytanie, opisanie, zdjęcia i promocję, nic? Myślę, że to kwestia dość dyskusyjna i jeśli ktoś ma możliwość, to jak najbardziej słuszne jest branie zapłaty. Jeśli bierze tylko też książkę (jak ja) i czuje się z tym uczciwie, to też dobrze :)

    OdpowiedzUsuń

Pisząc komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych.