środa, 14 grudnia 2016

"MARIA PANNA NILU'





"Maria Panna Nilu" - niezwykła, pozbawiona patosu historia, która wydarzyła się naprawdę. Rwanda lata 70. XX wieku. Na wysokości 2493 m n.p.m "tak blisko nieba" znajduje się jedno z najlepszych żeńskich liceów, noszące imię "Marii Panny Nilu". To tutaj, zamożni, wpływowi rodzice pozostawiają swoje ukochane córki, by uchronić je od zła, odgrodzić od pokus współczesnego świata. Ministrowie wysokiej rangi, wojskowi, czy biznesmeni marzą o wspaniałym zamążpójściu swoich pociech, a dobre wykształcenie w prestiżowym liceum ma być tego gwarancją. Celem szkoły jest kształcenie żeńskiej elity kraju. I te dziewczęta, które miały szczęście się tutaj znaleźć, powinno stać się wzorcem dla wszystkich kobiet w Rwandzie, by być nie tylko dobrymi żonami, ale także dobrymi obywatelkami i chrześcijankami.

Pobyt w liceum nie należy do najłatwiejszych. Surowo przestrzegany jest regulamin, za którego złamanie grożą surowe kary, mówić można jedynie po francusku. Europejscy nauczyciele uczą Rwandyjczyków kształcenia i kultury... 

Modesta, Gloriosa, Immaculee, Dorota, Weronika, Virginia... Większość wychowanek liceum to córki rządzących w owym czasie członków plemienia Hutu. Wyjątek stanowią członkinie plemienia Tutsi. Trafiły tu w ramach polityki mniejszościowej. Dziewczętom daje się odczuć, że są gorsze i nie należą im się żadne prawa. Atmosfera niechęci i wrogości narasta z każdą przeczytaną stroną. Dziewczęta konkurują ze sobą, dochodzi do pomówień, a od tego już krok dzieli je od tragedii. 

"Maria Panna Nilu" to pozycja, którą warto przeczytać. Książkę uhonorowano francuską nagrodą Renaudot - jedną z najważniejszych francuskich nagród literackich. To opowieść o złu i wzajemnej nienawiści, wewnętrznych rozgrywkach między plemionami. To świadectwo osoby, która żyła w skonfliktowanym kraju i w sposób lekki, autentyczny opisuje to, co dane jej było doświadczyć. Scholastique Mukasonga podkreśla, że równouprawnienie to bajka. Dorastające panienki mające swoje marzenia, plany, przeżywające pierwsze miłosne fascynacje borykają się z problemami etnicznymi i politycznymi, uprzedzeniami i nienawiścią. Autorka pokazuje jednak Rwandę z nieco innej strony - mimo tragedii - malowniczą, barwną, ze swoimi własnymi obyczajami. To sentymentalna podróż do Rwandy, w której nadal króluje wiara w nadprzyrodzone moce, odprawiane są różne pogańskie obrzędy i rytuały (tajemnica plemienia Tutsi, fascynacja Pana de Fontenaille Izydą). 

Książka mimo poruszanego tematu, jest lekturą dosyć przyjemną w odbiorze. Napisana prostym, przystępnym językiem sprawia, że czyta się ją bardzo szybko. Niech to jednak nas nie zmyli. Ta opowieść o złu i nienawiści wymaga od czytelnika chwili zastanowienia, wymusza odpowiedzi na wiele trudnych pytań, prowokuje do zgłębienia tematu i sięgnięcia do różnych źródeł informacji. Myślę, że warto znaleźć chwilę, by poznać historię Weroniki i Virginii, członkiń plemienia Tutsi oraz wydarzenia, które zapowiadały nadejście okrutnego ludobójstwa mieszkańców Rwandy w 1994 roku.

Za możliwość lektury dziękuję


4 komentarze:

  1. Cieszę się, że warto ją przeczytać. Leży już na mojej półce.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ostatnio kupiłam ją w ebooku ale jeszcze się do niej nie zabrałam:( Z tego co czytam to był dobry wybór:) dzięki za recenzję
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Wydaje mi się, że to nie jest lektura dla mnie, ponieważ teraz potrzebuję czego lekkiego i niezobowiązującego :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytałam już kiedyś coś o niej, ale zbytnio mnie nie zachęciła. I Twoja recenzja jakoś tego nie zmieniła, oczywiście nie twierdzę, że recenzja jest zła czy coś, tylko książka nijak do mnie mów. ;)

    OdpowiedzUsuń